„Żandarm z Saint Tropez…” to część dłuższej opowieści. Jeśli trafiłeś tu pierwszy raz i chciałbyś wiedzieć jak zaczęła się ta historia, wskakuj tutaj.


Chyba każdy przynajmniej raz oglądał serię filmów o przygodach zabawnego żandarma z Saint Tropez z Louisem de Funesem w roli głównej. Jeśli ktoś nie widział, to gorąco polecam dopisać pozycję do rodzinnego kina. Ja z sentymentem wracam do tych odcinków, zawsze mnie bawią i wzruszają. Kiedyś oprócz samej fabuły i humoru, przyciągała mnie w tych filmach egzotyczna przyroda, tak inna od tej naszej polskiej. Ciepłe morze, palmy, cytrusy, skały w kolorze czerwieni i wszechobecne cykady – śródziemnomorskie klimaty silnie przemawiały do mojej wyobraźni. Chciałem tam wtedy być. A teraz mogłem to doświadczyć wszystkimi swoimi zmysłami. I dlatego, gdy będąc w Grenoble, pomyśleliśmy o morzu, wybór był  dla mnie prosty – jedziemy do Saint Tropez. I tak też zrobiliśmy, pierwszy konkretny cel na naszej mapie, do którego dojechaliśmy, a w zasadzie, do którego nas zawieziono. Hotel mieliśmy z widokiem na morze, z osobistą ochroną. I…

Do you do you do you Saint Tropez
Do you do you do you Saint Tropez
Do you do you do you Saint Tropez
Do you do you do you Saint Tropez

jak śpiewała Jenny Rock, a za nią Nicole Cruchot – córka najsłynniejszego żandarma Francji.

Początek dnia należał do dziewczyn

Pierwszy raz na tej wyprawie zabrała nas kobieta i to samotna, a po niej jeszcze trzy inne. Początek dnia niewątpliwie należał do dziewczyn, które omijając autostrady, jadąc lokalnymi drogami przez małe i urocze miasteczka dowiozły nas do Serres.

Drugą połowę dnia wygrał Benjamin, który zmierzając do Włoch na wakacje, zmienił planowaną trasę, nadłożył sporo kilometrów i stracił co najmniej dwie godziny w korkach, tylko po to, żeby nas podrzucić do samego Saint Tropez. Niewiarygodne! Jak później sprawdziłem na mapie, to gość przejechał dodatkowo prawie 200 km. Dlaczego? Trudno powiedzieć, być może udzielił mu się nasz entuzjazm z faktu, że zmierzamy do Saint Tropez i noc tego dnia koniecznie chcemy spędzić nad morzem!? A może spodobał mu się nasz sposób przemieszczania się? Wielu młodych ludzi, których spotkaliśmy po drodze, było pod wrażeniem podróżowania stopem – nie wiedzieli, że w ogóle tak się da. A może to właśnie magia Saint Tropez, że ciągnie do niego ludzi z całego świata, pomimo że obok są równie atrakcyjne miejscowości?

W Saint Tropez

Czas w Saint Tropez minął nam na błogim leniuchowaniu na plaży oraz włóczeniu się po mieście i okolicy w poszukiwaniu m.in. miejsc znanych z filmu. Pierwszy raz mogłem zobaczyć palmy rosnące zupełnie zwyczajnie, jak u nas topole czy buki, nie mówiąc już o całej masie innej, egzotycznej roślinności. Pięknym kontrastem dla zieleni była spalona słońcem ziemia w odcieniach czerwieni. W starej części miasta, błądząc ciasnymi, uliczkami wypatrzyłem owocujące, soczyście zielone drzewka cytrynowe, wystające przez czyjeś niedomknięte drewniane okiennice… Byłem w innym świecie. 

Żadarm w Saint Tropez

Noc na plaży

Po dniu pełnym wrażeń nastał czas na zasłużoną kąpiel w ciepłym morzu i kolację przy muzyce wszechobecnych cykad, które skutecznie zagłuszały szum fal. Jedzenie było iście śródziemnomorskie: bagietka, ser pleśniowy i podłe wino z dolnej półki… ale za to francuskie. I wydawać by się mogło, że to już koniec atrakcji na ten wieczór, ale nie. Na horyzoncie, na przeciwległym brzegu zatoki w Saint Maxime odbywał się pokaz sztucznych ogni. Przez chwilę czułem się, jakbym grał w filmie. Chwila zrobiła się nieznośnie romantyczna, mało brakowało i oświadczyłbym się mojej współtowarzyszce podróży. Na szczęście, płomienie równie szybko zgasły, tak jak się pojawiły. Wieczory tego lata były nie wiele chłodniejsze od dnia, co przyjemnie podkreślało śródziemnomorski, południowy klimat tego miejsca. I było praktyczne, bo nie musiałem stawiać namiotu. Noc spędziliśmy na plaży, w trójkę…

Lazurowe wybrzeże

Tak, spaliśmy na plaży w trójkę, pod gołym niebem i w najlepsze. Wieczorem, podczas wspomnianej już romantycznej kolacji przysiadł się do nas ten trzeci. Nie chciał chleba, ani sera, nie poważał też wina. Kudłaty, lekko śmierdzący, piwnooki, całkiem spory, o jasnym umaszczeniu… pies, który bynajmniej nie wyglądał na bezpańskiego. Nie chciał od nas nic – usiadł i siedział. A gdy, układaliśmy się do snu, to położył się obok i pilnował nas całą noc. Jak tylko ktoś przechodził ścieżką na końcu plaży, dość daleko od nas, to podnosił czujnie głowę i nasłuchiwał. Ale gdy tylko ktoś się zbytnio zbliżył do naszego obozu, to zaczynał warczeć i szczekać. Rano, gdy zbudził nas stukot traktora grabiącego plaże, pies wstał razem z nami i bez słowa sobie poszedł – jak gdyby, nigdy nic. Takiego mieliśmy stróża, spokojnego snu.

Zwiedzanie Saint Tropez

Co zrobić z dużymi plecakami w ciągu dnia, kiedy chce się pozwiedzać miasto, a żar leje się  z nieba? Gdzie wyprać i wysuszyć rzeczy? Gdzie w Saint Tropez znaleźć darmowy hotel z widokiem na morze? Nasz sposób na pozbycie się dużych plecaków był dość prosty, zostawialiśmy je w supermarkecie (wtedy były jeszcze Geanty), w którym przy okazji robiliśmy zakupy na śniadanie. Wieczorem wracaliśmy do sklepu i odbieraliśmy bagaże, przy okazji kupując coś na kolację. Metoda sprawdzała się mniej więcej przez dwa dni. Później kierownik sklepu osobiście wręczał nam plecaki i nie był do końca zadowolony, zwłaszcza jak musiał je targać z zaplecza. Na pożegnanie coś tam nam opowiadał po francusku, że duże plecaki…, lawenda i wino…, ale nie wszystko dało się zrozumieć. Wtedy zgodnie odpowiadaliśmy: łi łi łi, mersi boku.

Z praniem we Francji w zasadzie nie było problemu, nawet w małych miejscowościach funkcjonowały pralnie publiczne. Pogoda nam sprzyjała, więc suszenie ubrań zorganizowaliśmy na skałach nie daleko wieży Portalet – piętnaście minut i wszystko było suche. W ciągu dnia bywało gorąco nie do zniesienia, ale w nocy temperatura przyjemnie spadała. Miejsca na nocleg nie trzeba było szukać daleko, wystarczyło przejść kilka kroków od promenady w kierunku Cytadeli. Całe życie nocne skupiało się wokół portu i starego miasta, mało kto zapuszczał się na plaże, zwłaszcza poza zasięg latarni. W Saint Tropez mieliśmy najlepszy hotel na świecie, z widokiem, który do tej pory noszę w sercu. I to wszystko zupełnie za darmo. Szum fal i koncert cykad, co noc przyjemnie nas tulił do snu – kosmos 🙂

suszenie prania na plaży w Saint Tropez

Co było dalej?

O dalszych przygodach przeczytasz w tym wpisie

Wszystkie odcinki znajdziesz tu – z Pamiętnika taty.

Być może zainteresuję Cię również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.