„Marsylia…” to część dłuższej opowieści. Jeśli trafiłeś tu pierwszy raz i chciałbyś wiedzieć jak zaczęła się ta historia, wskakuj tutaj.


W słonecznym Saint Tropez czas upływał błogo, można byłoby tam spędzić całe lato, ale duch przygody wzywał nas do drogi. A gdzie? Na zachód, nad ocean albo w Pireneje. A, jak? Pojedziemy południem, wybrzeżem to będzie ładnie i zobaczymy jeszcze kilka śródziemnomorskich plaż, będą palmy i cykady – jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy.

Po drodze nie sposób było nie odwiedzić portowej Marsylii. Miasta z nutą orientu, które zawsze kojarzyło mi się z szemranymi interesami, zadymionymi spelunami i legią cudzoziemską. Toż to stąd wypływały statki z najemnikami do Algierii, Katangi czy Konga. W Marsylii można było zwerbować się na wojnę i zaopatrzyć w potrzebny na nią ekwipunek. Jeden z największych portów Europy, który był bramą na południe – jeszcze nie Afryka, a już nie Europa. Z takim kinowo-literaturowym wyobrażeniem wjeżdżałem do Marsylii. Na miejscu, utwierdziłem się w przekonaniu, że…to już nie Europa, a przydomek „europejskie Chicago” nie wziął się znikąd. Noc spędziliśmy na komisariacie.

W drodze do Marsylii

Do Saint Tropez łatwiej było wjechać niż z niego wyjechać. Ruch był niewielki i nikt nie chciał się zatrzymać, a i my ruszaliśmy się jak pierwszego dnia pracy. Trochę nas to plażowanie rozleniwiło. Pierwszy stop, jaki się zatrzymał, to był szybki Jean-Pierre, który obiecał nas podrzucić trzy kilometry. A w rzeczywistości udało mu się podwieźć nas niecałe pięćset metrów, po czym brakło mu paliwa i sam musiał łapać okazję do najbliższej stacji.

Maszyna przygody jednak ruszyła, powoli, ale ruszyła i później było już lepiej. Przez Cogolin, Tulon i Bandol dotarliśmy do Cassis. Zajęło nam to cały dzień, a przejechaliśmy tylko sto kilkanaście kilometrów. Na szczęście, jechaliśmy głównie mniejszymi lokalnymi drogami, dzięki czemu podróż była mocno widokowa. Szczególne wrażenie zrobił na nas Bandol, niewielkie i bardzo urokliwe miasteczko, w którym trochę pobłądziliśmy, co wbrew pozorom często sprzyja zwiedzaniu. Nocleg szczęśliwie wypadł w siedmiogwiazdkowym hotelu w Cassis – skaliste wybrzeże, księżyc, palmy i jeszcze cykady – cykady, cykady, cykady.

Marsylia – miasto z nutą orientu

Z Cassis wyjechaliśmy dość późno, tak było ładnie. Dwa stopy i znaleźliśmy się w centrum Marsylii. Pierwsze co nas zaskoczyło to, że większość ludzi, których spotykaliśmy na ulicach, była czarna i nie wyglądała na rdzennych mieszkańców Francji. Miasto z nutą orientu, miasto portowe… wszystko się zgadza, tylko że orientalni to w Marsylii okazali się być… biali. Policji też jakby więcej spacerowało po ulicach i to po trzech, z długą bronią i psami – zwykły dzień, żadne święto. Przy wejściu do metra zbrojne patrole sprawdzały nas jak na lotnisku. Przypadkowi przechodnie, coś nam chcieli sprzedać i wszystko opowiedzieć. Przez moment odniosłem wrażenie, że jesteśmy jedynymi turystami w tym miejscu. To jest taka nieprzyjemna chwila, kiedy stajesz w centrum uwagi tłumu i nie bardzo chcesz wiedzieć dlaczego. A wszystko, co przychodzi ci wtedy do głowy, jest mało optymistyczne.

Marsylia port

Godzina była dość późna i pierwotnie mieliśmy zostać w Marsylii na nocleg – nie mam nic przeciwko spaniu na łonie przyrody, nawet w centrum miasta. To, co tam zobaczyłem, skutecznie mnie do tego pomysłu zniechęciło. Zwiedziliśmy port, pokręciliśmy się trochę po mieście i autobusem wyjechaliśmy na przedmieścia. Za oknem mijaliśmy dzielnice, których widok utwierdził mnie w podjętej decyzji. Śmieci na ziemi było tyle, że zasłaniały trawniki. A pod drzewami siedzieli tubylcy – trochę jak na tych filmach przyrodniczych o sawannie, gdzie ludzie chowali się w cieniu przed południowym słońcem. Prawdopodobnie przejeżdżaliśmy przez slamsy, bo to nie możliwe, żeby całe miasto tak wyglądało. Okolice Marsylii też musiały być nieciekawe, bo dwie białe kobiety, które nas zabrały na stopa, były tak przejęte naszym losem, że załatwiły nam drugiego kierowcę i odradzały nocleg pod namiotem w promieniu stu kilometrów.

Nocleg na komisariacie

W Marignane zupełnie przypadkowo wysiedliśmy wprost naprzeciwko posterunku policji. Było już ciemno i mieliśmy na dzisiaj wszystkiego serdecznie dość. Chcąc zaoszczędzić sobie czasu na poszukiwania miejsca pod namiot, podeszliśmy spytać policjanta. Jak radził Dezerter w piosence „Spytaj milicjanta”… on ci prawdę powie. I nam powiedzieli: prosto, w lewo, znowu prosto i w prawo dwa kilometry, tam będzie park. Łi, łi, łi. Super pora i miejsce na spacery – ciągle mieliśmy przed oczami obrazy z Marsylii.

Żartem zapytałem, czy nie możemy się tu rozbić, o tu, tu, tu, na ich pięknie przystrzyżonym, idealnym pod namiot trawniku. Oczywiście pierwszy policjant odparł, że nie, nie, ale poszedł zapytać stołek wyżej. Później przyszedł ten wyższy stołek, co lepiej znał angielski, a po nim jeszcze jeden i w końcu jak się przewinął przed nami cały komisariat, to się zgodzili. Warunek był tylko taki, że o 6 rano musimy się pozbierać, bo później przyjeżdżał najwyższy stołek i reszta krzeseł. W to nam graj, bez szukania zyskaliśmy wygodną miejscówkę z łazienką. A rano, na dzień dobry dostaliśmy gorącą kawę pod sam namiot.

Co było dalej?

O dalszych przygodach przeczytasz w tym wpisie

Wszystkie odcinki znajdziesz tu – z Pamiętnika taty.

Być może zainteresuję Cię również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.