„Ocean” to część dłuższej opowieści. Jeśli trafiłeś tu pierwszy raz i chciałbyś wiedzieć jak zaczęła się ta historia, wskakuj tutaj.


W końcu ocean. Po ponad dwóch tygodniach podróży stanęliśmy nad brzegiem kontynentu w niewielkiej miejscowości Hossegor, którą poleciły nam dzieci kwiaty z ostatniego stopa. I jak te żółwie, które wykluwają się na plaży i gnają do morza, tak i my cały czas mieliśmy parcie w kierunku wielkiej wody. Coś chyba jednak jest w tych genach albo mamy to zakodowane, gdzieś w meandrach podświadomości, że nas ciągnie do tej wody. Nawet jak na początku wyprawy, porzuciliśmy plany zobaczenia wszystkiego, to z oceanu nie zrezygnowaliśmy nigdy. Z Awinionu droga do Hossegor zajęła nam dwa dni i czternaście stopów. Można było szybciej, ale będąc w pobliżu Lourdes, chcieliśmy odwiedzić Matkę Bożą i zobaczyć sanktuarium, więc zostaliśmy tam na noc. Pod Tuluzą na stacji benzynowej nie obyło się bez polskich akcentów. I nie w Marsylii, ale w okolicach Nimes poznaliśmy  prawdziwego najemnika…

Ocean - brzeg kontynentu

W drodze nad ocean

Staliśmy jak zawsze na poboczu, w kierunku na Nimes, gdy zatrzymał się czarny peżot w sedanie. Za kierownicą siedział zwyczajny, łysy gość ok. trzydziestu paru lat – typowy kierowca BMW, chciałoby się rzec. Rozmowę po francusku rozpoczęła towarzyszka podróży, więc było ę, ą i łi… Klasyczna pogawędka w stopie: dokąd jedziecie, gdzie dziś wystartowaliście, co w życiu robicie? Trochę o pogodzie i o tym jak się jeździ stopem we Francji. Po chwili gościu coś zaskoczył i pyta skąd jesteśmy. I gdy usłyszał, że z Polski, tak o to rzekł: Kur… dobrze, że zapytałem skąd jesteście, bo byśmy się tak p… po francusku całą drogę.

Okazało się, że nasz kierowca Andrzej jest z Polski, a dokładnie z Dzonowa na północy kraju i zrobił to co kiedyś ja chciałem zrobić. Wyjechał na zachód do Strasburga i zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej. Po podstawowym, pięcioletnim kontrakcie został na stałe i wyglądał na zadowolonego człowieka. Wraz z legionistami zdążył już trochę pojeździć po świecie i przeżyć, a aktualnie był na wakacjach i zwiedzał Francję. Tylko do Polski nie mógł Andrzej przyjechać, choć bardzo chciał. Obawiał się bowiem, że ojczyzna pociągnie go do odpowiedzialności za służbę w obcej armii.

Noc spędziliśmy na parkingu pod Tuluzą, gdzie rano spotkaliśmy kierowców tirów Krzyśka i Zbyszka z Polski, którzy tu akurat pauzowali. Jeden w trasę wziął syna, drugi córkę i brakowało im pary do brydża, więc nas zaprosili. I zanim wyruszyliśmy w trasę, zdążyliśmy zrobić z nimi „krówkę” – po staropolsku. Tak szybko, jak wpadliśmy na właściwą drogę w kierunku oceanu A64, tak szybko odbiliśmy na południe, by zobaczyć jedno z najbardziej znanych sanktuariów w Europie – Lourdes.

W Lourdes

W Lourdes przywitały nas dzikie tłumy turystów z całego świata. Trudność sprawiało samo poruszanie się po mieście, a co dopiero znalezienie noclegu. Na każdym rogu, kwitł handel dewocjonaliami. Wszystko można było kupić, wszystko z Matką Bożą, ołówek, piórnik, koszula… czegoś takiego jeszcze nie widziałem. To nie były typowe sklepiki przykościelne, jakie znamy z Polski. Za bramami sanktuarium było już lepiej, czyli spokojniej i dewocjonalia bardziej stonowane. W mieście trudno było znaleźć prysznic, wszystko było w cenie noclegu, gdzie najtańszy w tamtym czasie kosztował 12,50 €, czyli nasz przynajmniej trzydniowy budżet. Ostatecznie umyliśmy się w ogólnodostępnych łazienkach, a namiot rozbiliśmy na polach rekolekcyjnych tuż nad rzeką Gave de Pau.

Matka Boska z Lourdes
W sanktuarium Lourd w drodze nad ocean
Lourdes

Dotarliśmy nad ocean

Sprawnie wróciliśmy do głównej drogi A64, którą ruszyliśmy na zachód w kierunku oceanu, nie wiedząc dokładnie dokąd. Dopiero dzieci kwiaty, które jechały imprezować na plażę poleciły nam miejscowość Hossegor. Przekonały nas tym, że to spokojna miejscowość, z czystym piaskiem i stosunkowo małą liczbą turystów. Po wizycie w Lourdes potrzebowaliśmy ciszy, spokoju i samotności, a gdzie tego szukać jak nie w bezkresie oceanu. I rzeczywiści było pięknie.

W końcu stanęliśmy na brzegu kontynentu. Zamoczyłem stopy i spojrzałem na horyzont tam, gdzie Ameryka, gdzie czeka zupełnie nowa przygoda. Pogoda dopisywała, było chłodniej niż w Saint Tropez, ale wystarczająco ciepło, żeby spać pod gołym niebem bez namiotu. Tylko cykad nam brakowało, choć fale były tak potężne, że pewnie i tak by je zagłuszyły.

Co było dalej?

O dalszych przygodach przeczytasz w tym wpisie

Wszystkie odcinki znajdziesz tu – z Pamiętnika taty.

Być może zainteresuję Cię również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.